poniedziałek, 5 maja 2014

Nadzieja

" Po raz kolejny przemierzam ten okropny, ciemny las. Biegne, lecz tym razem nie ma nikogo kogogo miałabym gonić, przed kim miałabym uciekac, czy też kogoś kto miałby mnie uratować. Teraz biegłam, dlatego że chciałam stąd uciec. Nie było to jednak łatwe, las ciągnął się w nieskonczoność,a ja miałam słabą orientacje w terenie. W tem niewiadomo skąd pojawia się postać z wielkimi skrzydłami:
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz .?- zapytałam przerażona, lecz "to coś" się jeszcze bardziej zbliżyło i usmiechnęło szeroko:
--Zabrać cię do lepszego świata, pomoge ci- po czym wyciągnęło w mym kierunku dłoń, bez wahania ją złapałam i znalazłam się w lepszym świecie, z nimi.."

Pierwszy raz od bardzo dawna nie śnił mi się koszmar, byłam z tego niezmiernie rada. Przeciągnęłam się zadowolona i spojrzałam na zegarek, o kurwa za dwie godziny musimy wyjechać z domu, a ja jeszcze śpie. Szybko wyskoczyłam z łóżka,i zbiegłam  po schodach w poszukiwaniu babci, miałam nadzieje że to wszystko to nie był kolejny beznadziejny sen. Lecz przemierzyłam salon, kuchnie, a jej nigdzie nie było. Po moich policzkach zaczęły spływać strugi łez, czułam się tak jakby Bóg bawił się ze mną w jakąś  grę, w którą nie miałam prawa wygrać. Kompletnie wykończona psychicznie opadłam na kanape, podciągnęłam kolana pod brodę i kontynuowałam płakanie. Byłam już na skraju wykończenia nerwowego, miałam dość wszystkiego, moje życie jest całkowicie do dupy. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam całe mnóstwa pustych puszek  butelek po alkoholach, czyli to wszystko było moim wymysłem. Tak naprawdę babci tutaj nigdy nie było, nie przyjechała by mnie zabrać, by mnie uratować, tak naprawdę nigdy się nie uśmiechnęłam...
Nie mogę tak dłużej żyć, nie mogę się stoczyć już na dobre, muszę się pozbierać, muszę.. Tylko jak...?


Minęło trochę czasu, dla mnie to cała wieczność a tak naprawdę to dopiero dwa dni bez mojego "skarbu". Suszy mnie cholernie, z każdą godziną, minutą jest coraz gorzej, boję się, tak strasznie się boję, zę się poddam i znowu zatopie swe  smutki w NIEJ.. Siedzę wciśnięta w fotel i mysle. Myśle o tym ile jeszcze czasu mi zostało, ile czasu będę jeszcze sobą, ile jeszcze pozostało do tego czego tak bardzo się boję. JA na fotelu, ONA na stoliku przede mną, śmieje się ze mnie, wiem o tym doskonale. Cieszy się że nie jestem wystarczające silna, i że niedługo się poddam, a ONA jak zwykle wygra, JA już tak nie chcę, ale... Żeby to było takie proste, wszystko się zlewa, już nie panuję nad sobą, teraz ONA tu rządzi, WYGRAŁA ......
ZNOWU.

.
.
.
.
.
Wracam, powróciłam, leże na podłodze. W głowie totalna pustka, i ten ból, nie do zniesienia, niby już tak dobrze go znam, ale nadal nie potrafie się przyzwyczaić. Wstaje powoli, mam zawroty głowy, spoglądam na stolik, tym razem się nie śmieje jest spokojna, całe szczęście bo ja już mam jej dość, chcę od niej uciec, tak bardzo tego chcę..
Szybko poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, długą, relaksującą, póżniej szybko się przebrałam i spakowałam. Muszę uciec i to szybko, już teraz, to jest ten moment, jestem dość silna, wiem że dam radę, a przynajmniej dam radę do tego czasu aż będę na miejscu, daleko stąd, jak najdalej...
Tym razem ONA nie wygra, nie pozwole..
Chwilę później jestem tutaj w ośrodku dla osób uzależnionych, mam nadzieje że mi się uda, że w końcu będe wolna od NIEJ, a moi kochani rodzice będą ze  mnie dumni, musze zrobić to przede wszystkim dla nich, tak strasznie ich kocham i tak strasznie tęsknie, za NIĄ także.
.
.
.
.
.

Tydzień mija, w głowie pustka, nie myslę, nie umiem. Jestem sama, mimo że jestem wśród ludzi. Z jednej strony chce tu być, a z drugiej uciec jak najdalej stąd. Ale nie chcę już uciec od NIEJ, chce uciec do dawnego życia, albo jeszcze lepiej do nich. Co noc czekam na anioła, który zabierze mnie do lepszego świata, lecz on się nie pojawia. Sny również zniknęły. Nie mam już nic, PUSTKA..
Kiedyś zadawałam pytanie: "Jak długo będę jeszcze sobą?" Teraz zadaje takie : "Kiedy znowu choć na chwilę bedę sobą?"
.
.
.
.
Być może tak własnie miało być, być może miałam zrozumieć na czym polega prawdziwe  życie. Zmierzyć się z prawdziwym światem, z rzeczywistością..
Chociaż tak naprawde mnie to ni chuja obchodzi, mam to wszystko w dupie, ci wszyscy ludzie są jacyś chorzy, nienawidze ich wszystkich, nienawidze każdego człowieka na ziemi,  mam już dość, nie odzywałam się do nikogo przez dwa miesiące, aż tyle czasu tu zmarnowałam, i po co.? Po cholere, tyle cierpiałam, może i wyleczyłam się od NIEJ, ale dlaczego.? Przecież nikt ode mnie tego nie wymagał, nikogo nie obchodzę, każdy ma mnie w dupie, zresztą ja ich także. Umieram, powoli, cierpiąc.. Wyjeżdżam, do Londynu, do babci, która miała byc moim aniołem, a tak naprawdę, nawet do mnie nie zadzwoniła, ale to nic. Mam tylko ją, tylką ją kocham, i wiem że tylko ona mnie zrozumie, moja kochana babcia, moja jedyna nadzieja...



Gdy zycie smutnym jest westchnieniem
kiedy marzenia jak źródło wyczerpane, 
gdy uśmiech boleści jest cieniem
słowo NADZIEJA pustym sloganem
cóź wtedy czynić z oczami jak woda.?
Jak leczyć serce krwawiące.?
Czy wierzyć jeszcze, czy szepnąć szkoda.?
Czy martwym być na słonca promienie..?
Nie wiem..









Proszę tutaj macie kolejny rozdział, mam nadzieje że się wam spodoba.
Mam nadzieję że pod dzisiejszym postem znajdą się jakieś komentarze, chciałabym dowiedzieć się co o nim sądzicie :* !
Aaaa jeżeli chodzi kontakt ze mną, w sprawie opowiadanie czy czegokolwiek zapraszam na aska:
ask.fm/jeeeeeebs

2 komentarze: