Przyspieszam, lecz tamta także przyspiesza, wrzeszcze jeszcze raz i błagam o ratunek. Pojawia się chłopak, początkowo nie mam pojęcia kto to, widzę jedynie bujne loki na całej głowie. Widzimy już ulicę, jeszcze parę kroków a nam sie uda.. Lecz przeciwnik był szybszy, złapał mnie jak i jego. Zaprowadził do ciemnego pokoju, po chwili ciszy usłyszałam:
-Ktoś chętny jako pierwszy.?- zapytała swoim okropnym głosem
Rozbłysły światła i zobaczyłam jej twarz, a raczej naszą twarz, twarz okrótnej, bezlitosnej Victorii. Trzymała pistolet, podeszła bliżej mnie i powiedziała:
-A teraz patrz suko jak twoje szczęście znika- przyłożyła lufę do głowy chłopaka, ten obrócił się do mnie, rozpoznałam go,wszędzie bym rozpoznała te śliczne zielone oczy, pistolet wystrzelił....
...
Obudziłam się cała mokra, mimo że sny pojawiały sie codziennie nie potrafiłam się do nich przyzwyczaić, a najbardziej przerażał mnie koniec, który zawsze był taki sam...
Spojrzałam na zegarek : 7.30. Kurcze trzeba byłoby już wstać... Ospale i niechętnie zwlekłam się z łóżka, no ale kto chętnie wstaje do szkoły.? Stanęłam przed szafą, i jak codzień ten sam problem :
W co ja mam się ubrac..?! Nie miałam zbyt wiele czasu więc szybko wybrałam byle co, były to krótkie dżinsowe spodenki i śliczny cienki sweterek w paski , do tego czarne vansy. Włosy rozpuściłam i lekko się umalowałam. Po skończeniu porannych czyności, zeszłam na dół do kuchni, jak zwykle nikogo nie było, na lodówce tym razem jednak była przyczepiona karteczka: " Vicki, wyjeżdżamy na delegacje do Berlina, wrócimy za dwa tygodnie.Obieujemy że to już ostatni raz, później każdą wolną chwile bedziemy spędzać razem, kochamy cię -rodzice. Chata przez dwa tygodnie wolna i co ja przez ten czas mam robić,oni nie rozumieją że mi jedynie do szcześcia sa potrzebni ONI, a nie te pieprzone pieniądze. . Spojrzałam na zegarek- 7.55, kurwa nie no teraz to napewno się spóźnię. Szybko złapałam klucze, zamknełam drzwi i czym prędzej pobiegłam do szkoły. Nie miałam aż tak znowu daleko, ale blisko też nie. Biegłam najszybciej jak umiałam, no i jak mi na to pozwalał ruch drogowy. Po jakimś czasie podbiegłam pod sporawy budynek w kolorze okropnej zgniłej zieleni, juz na sam widok tego koloru niedobrze się robiło i cały dobry chumor pryskał niczym bańka mydlana. Weszłam do budynku, spojrzałam na zegarek - 8.10, z torby wyjęłam plan lekcji, nie no pierwsza godzina z wychowacą jestem już martwa..
Podeszłam pod klasę i cicho zapukałam, modliłam się aby nie usłyszeć proszę, niestety słowo zostało wypowiedziane, a ja musiałam wejść do środka. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i jak się okazało nauczycielki nie było. Usiadłam obok przyjaciółki( tak mam przyjaciółkę, jedyną, zaufałąm jej, mimo to każdego dnia boje się że zrobiłam źle, ale warto miec taką osobą przy sobie, uwierzcie warto):
- A gdzie Hitler.?-zapytałam ze zdziwieniem, bo kto jak kto ale ta nauczycielka nigdy się nie spóźniała
-Podobno jacyś ważni goście do naszej szkoły przyjechali, być może to Barack Obama z rodziną..- spojrzałam na nią z jeszcze większym zdziwniem- No co.? Ten gość naprawdę jest fajny.
Moje przemyślania przerwała mrs, Hitler, która weszła do klasy swoim kaczym krokiem, zasiadła swoim tłustym tyłkiem na siedzeniu i zaczęła swoimi krowimi oczyma kogoś szukać, modliłam sie obym to tylko ja nie była tą poszukiwaną, ale niestety jej wzrok zatrzymał sie na mnie, a pod jej wąsami zagościł chytry uśmiech:
-Pani Seean, dyrektor panią wzywa do swojego gabinetu,- przełknęłam głośno ślinę, kurczę czego on odemnie chcę, dopiero zaczął się tydzień i jeszcze nie zdążyłam nic złego zrobić. wstałam ze swojego miejsca i wyszłam z klasy, z jednej strony cieszyłam się że minie mi lekcja, a z drugiej strasznie się bałam..Szłam najwolniej jak potrawiłam, mimo mojego powolnego kroku, po jakimś czasie doszłam, zapukałam i po chwili weszłam. Na krześle siedział, miły starszy pan, byłam jego częstym gościem,i muszę przyznać że go polubiłam, ( no dobra, ja nie lubię nikogo, ale on miał w sobie to coś, sama nie wie, jestem głuupia...) nie był taki zrzędliwy jak moja wychowawczyni a przedewszystkim umiał słuchać, natomiast na przeciwko niego siedziały dwie kobiety. Już po wyglądzie mogłam stwierdzić że do miłych to one nie należały. Dyrektor na mój widok uśmiechnął się lekko i kazał usiąść na krześle obok niego. Po paru minutach niezręcznej ciszy, odezwała się jedna z kobiet:
-Witaj Victorio, przyjechałyśmy do ciebie z bardzo ważnymi wiadomościami, ale muszę przyznać że nie będą one dobre- spojrzała mi prosto w oczy a po chwili powiedziała- twoi rodzice mieli bardzo poważny wypadek...
-W którym szpitalu leżą, muszę zaraz do nich jjjechać, bbo..-wstałam z miejsca i popatrzałam na otaczających mnie ludzi wszyscy siedzieli ze spuszczonymi głowami, usiadłam- Czy onni...?- nikt sie nie odzywał, więc wybuchłam- Czy może ktoś mi do cholery wytłumaczyć co się stało.? Co jest z moimi rodzicami.? I kiedy będe mogła ich odwiedzić.?
Jedna z kobiet spojrzała na mnie:
-Vicktoria, ty już ich nie zobaczysz, ten wypadek był naprawdę poważny, ich samochód wpadł w poślizg- zaczęłam coraz bardziej płakać- wpadli pod tira, który ich samochód zamienił w kupę złomu, i chyba wiesz co bylo dalej.. Twoi rodzice nie mieli szans.
-Jasne, jasne.. Tak wkręcajcie mnie dalej. Zaraz do nich zadzwonie i wszystko się wyjaśni.- wyciągnęłam telefon i wybrałam numer mamy, nieosiągalny, no to pewnie przypadek, wykręciłam numer taty, pierwszy sygnał, drugi, trzeci, nie to nie możliwe. Popatrzałam na otaczających mnie ludzi, nikt się już nie odezwał, to oznaczało że to wszystko to jednak prawda.. Ale przeciez ja mam tylko ich, przy nich czuję się bezpieczna, tylko dizęki nim nie pojawiają się transy, jak ja teraz sobie poradzę? Oni nie wiedzą że jestem chora, nikt nie wie, bo właściwie nikt nie wie co mi jest..Wstałam z krzesła i niczym martwa wydostałam się z tego "pokoju grozy". Po moich policzkach spływały strugi łez, które wyraźnie w mojej twarzy ryły rowy.. Niczym zombi weszłam do klasy, bez pukania, bez jakiegokolwiek przepraszam, nie obchodziły mnie krzyki mrs. Kaczki, nie obchodziły mnie pytania przyjaciółki, ani ciekawskie spojrzenia innych, już nic się nie liczyło.. Wzięłam torbę z rzeczami i wyszłam z klasy, a póżniej z tego okropnego budynku. I nadal w stanie truposza podążyłam do rodzinnego domu a teraz raczej do mojego domu...
Po dwugodzinnym siedzeniu na kanapie i zmarnowaniu tony chusteczek postanowiłam się czymś zająć, zeszłam na dół do piwnicy i przyniosłam karton wypełniony starymi kasetami poczynając na tytule " Ślub i wesele państwa Seean", kończąc na "Osiemnastka Vicki". Patrząc na te tytuły nie trudno było się uśmiechnąć, uśmiechnąć przez potok łez, które cisły się do oczu powodując coraz większy ból w sercu. I oto tak miał minąć cały tydzień aż do pogrzebu. Ja, chusteczki i oni..
Przez ten cały tydzień nikt mnie nie odwiedził, nikt nie zadzwonił, nawet nie wysłał smsa, ale to nic. Jestem już przyzwyczajona że ludzie gdy pojawiają się problemy odchodzą. Nie zlicze tych fałszywych twarzy którzy podszywali się pod miano przyjaciół a później pod byle predekstem się zmywali. A ja głupia nadal im wierzyłam, nadal wierzyłam tym okropnym, bez serca kreaturom..
Dzisiaj pogrzeb, tak bardzo chciałam aby ten dzień nie nadszedł. Ubrałam rurki, koszule i szpilki,oczywiście wszystko czarne .Włosy spiełam w ciasnego koczka.Zeszłam na dół do kuchni, nienawidziłam tego miejsca, tyle wspomnień, niegdyś tyle się tu działo. Teraz zostałam tylko ja i ten ogromny dom. ..
Wyszłam z domu i wsiadłam do wcześniej zamówionej taxówki.Kierowca popatrzał się na mnie ale widząc moją bladą twarz i grobową mine czym prędzej zapytał gdzie jedziemy, podałam mu adres i oddałam się wspomnieniom. Jechaliśmy może z 15 minut, lecz dla mnie te pare minut trwało całą wieczność..
Pod kościołem, było wielu ludzi, pojawiła się nawet moja klasa, lecz nikt nie miał odwagi by spojrzeć mi prosto w oczy, by podejść i złożyć kondolencje,nikt..Po chwili podjechały dwa samochody, doskonale wiedziałam co zaraz się stanie więc postanowiłam byc twarda i nie rozpłakać się .. Wyjęto trumny,już gdy je zobaczyłam zaczęły spływać mi łzy, i na marne posżły wszystkie przygotowania.panowie z rodzicami weszli pierwsi zaraz po nich ja. W środku otworzono trumny, ciała rodziców nie były zmasakrowane, na twarzach było widac nawet lekkie uśmiechy, uklękłam po środku, jedną ręką złapałam tate, a drugą mamę, i rozpłakałam się na dobre, nie pozwalałam nikomu sie dotknąć, ani żeby mnie stamtąd zabrono.,były to bowiem ostatnie godziny które mogłam spędzic z nimi....
Po mszy podano mi dwie różyczki, jedną wręczyłam tatusiowi, a drugą mamusi, po wręczeniu kwiatów, ucałowałam ich w dłonie i ostatni raz powiedziałam Kocham was... zaraz po tym trumny zamknięto..
Gdy znajdowaliśmy się na cmentarzu nie miałam już sił uklękłam przed wielkim dołem i zaczęłam płakać, wszyscy się na mnie patrzyli i wytykali palcami,nikt mnie nie rozumiał, nikt bowiem nie stracił nikogo ważnego w tak młodym wieku....
Przy zasypaniu, dopiero zrozumiałam że już nigdy więcej ich nie zobaczę, że już nigdy nie ucałuje ich na dobranoc że nigdy nie usłyszę kocham cię, wypowiadanych przez nich, już nigdy a to przenigdy się do nich nie przytulę, niby takie drobne rzeczy ale jak ważne..
Miałam dość, nie wyobrażałam sobie życia bez nich, bo jak dziecko może żyć bez rodziców....
Zostałam sama, i już do końca sama miałam pozostać...
SAMA...
Teraz już wiem, że nie warto ufać nikomu, nawet sobie, bo to własnie my sprawiamy sobie największy ból ufając innym..
popłakałam sie ! serio ! Swietne to ! <3 :')
OdpowiedzUsuńAż się łza kręci w oku :'( ... Fajne <3
OdpowiedzUsuńFajne :)
OdpowiedzUsuńZapraszam do mnie :)