.
.
.
.
.
.
Obudziłam się, dzisiaj kolejny raz bez jakiegokolwiek snu, czy to oznacza że źle zrobiłam, że poszłam na to gówniane leczenie.? Prawdopodobnie tak, ale przynajmniej nie wydaje większości kasy na alko..
Wczoraj wykupiłam bilet, lot dzisiaj o godzinie 19, podobno wieczorem jest mniejszy ruch. To dobrze, bardzo dobrze, nie mam zamiaru oglądać twarzy ludzi, a jeszcze nadodatek z nimi gadać, niedoczekanie jakieś. Zawiodłam się na wszystkich, dlaczego.? Przecież byłam dla wszystkich, miła, uczyłam się w miare dobrze, ale jak zwykle to mnie musiało czekać nieszczęście. A przyjaciele.? Byli, ale jak tylko zrobiło się żle się zmyli.
Wstałam niechętnie, w głowie jak zwykle totalna pustka, nie mam żadnych myśli, marzeń, nie mówię. Dlaczego.? Nie chce, po prostu nie chcę, umieram i umrzeć nie moge. mimo ze chcę. tak bardzo tego pragnę, ale dam rade dzisiaj po 20 bedę w Londynie u babci, która mi pomoże, dzięki której wyjdę w końcu z tego całego bagna, ale jeżeli jej się nie uda?
Siedzę w salonie i wpatruje się w zegar jest godzina 18.50, o 19.00, ma przyjechać taxi, któe zabieerze mnie na lotnisko.Obok mnie dwie walizki, tyle musi starczyć, reszte rzeczy zostawiam tutaj. Dlaczego? Nie wiem może nadal wierze w to że kiedyś uda mi się wrócić, i będe żyła jak dawniej, albo może dlatego że ten cały dom, że te wszytskie rzeczy.. Prawde mówiąc tylko to mi zostało po rodzicach.
Sekundy, zmieniają się w minuty, minuty w godziny. Te dziesięć minut na które mam czekać za taksówkę zmienia się w całą wieczność. WYCHODZE. ZAMYKAM DRZWI. CZEKAM. CZEKAM., PODJEZDZA TAXI. OSTATNI RAZ SPOGLĄDAM NA DOM. PROBUJE SOBIE WYOBRAZIC ZE ONI TAM SĄ, ŻE WYSYŁAJĄ MNIE NA KRÓTKIE WAKACJE, WRÓCE ZA JAKIŚ CZAS I BĘDZIEMY ZNOWU RAZEM. PO POLICZKU SPŁYWA ŁZA. WYCIERAM JĄ. WSIADAM. ODJEŻDŻAM. BYĆ MOŻE JUŻ NA ZAWSZE.
.
.
.
Jestem już w samolocie, lecę. Lecę po szczęście, ale co jesli go tam nie znajdę, co jeśli zagubie się jeszcze bardziej, jeśli nie będe chciała dłużej czekać na anioła tylko sama go wezwę?...
Chciałabym myśleć inaczej, ale nie potrafię, jestem .. Właściwie kim ja jestem? KIedyś byłam po prostu Victorią Seean, póżniej zwyczajną alkoholiczką, a teraz? Zbłąkaną duszą? Nieobliczalną? Wariatką?
Jestem NIKIM.
Po locie który dłużył mi się w nieskończoność, znalazłam sie na zatłoczonej ulicy Londynu, już zapomniałam jak tu jest pięknie, jak to miasto tętni życiem, zupełnie tu nie pasuję, jestem pasożytem..
Złapałam taxówkę i podałam adres, taksówkarz o nic nie pytał, własnie tacy byli ludzie w Londynie. Nie zadawali zbędnych pytań, nie doszukiwali się prawdy, poprostu żyli własnym życiem. Za to juuż ich lubiłam, w Paryżu było inaczej, każdy chciał wiedzieć wszystko, dopytywał póki nie dowiedział się prawdy..
Po godzinej podróży byliśmy na miejsu, starszy facet, no może miał z 50 lat, wyjał z bagażnika moje walizki, a gdy mu płaciłam, powiedział:
-Jesteś naprawde sliczną dziewczyną, która zapewne dużo przeszła, nie ma co się smucić, zobaczysz kiedyś napewno jeszcze zaświeci słońce- po czym uśmiechnął się do mnie.
Ja nic nie odpowiedziałam, tylko wzięłam walizki, i powolnym krokiem poczłapałam pod drzwi. TEN gościu nie wiedział nic, nie wiedział że w moim życiu już dawno słońce zostało przysłonięte chmurami, które już nigdy go nie odsłonią, nie wiedział też że smutek to za mało by określić to co czuje.Znalazłam sie pod drzwiami, zapukać, czy uciec, co ja jej powiem? "Witaj babciu, byłam alkoholiczką, teraz chcę się zabić, więc przyjechałam do ciebie zeby tego nie zrobić"? Jaka ja jestem głupia i naiwna. Moja ręka zapukała, dlaczego? Może właściwie chciałam żeby to zrobiła, nie wiem, nie myślę. PUSTKA
Drzwi sie otworzyły, stała w nich starsza kobieta, niziutka, na jej twarzach było od ogroma zmarszczek, jej oczy duże wpatrywały się we mnie z zdziwieniem, nie miała pewnie pojęcia kim jestem, bowiem od czasu kiedy się wyprowadziliśmy mama nie odzywała się do babci, nie mieliśmy z nią żadnego kontaktu. MIała na sobie różowy fartuszek, z którego kieszonki wyjęła okulary, założyła je na nos, przyjżała mi się jeszcze raz i zapytała:
- Witaj kochanie, w czym moge ci pomóc?- uśmiechnęła się delikatnie. spojrzałam w jej oczy, takie same miała mama, rozpłakałam się na dobre, podeszlam i ją mocno przytuliłam, pierwszy raz od sama nie wiem ilu miesięcy, kogoś przytuliłam. Starsza pani nie odepchnęła mnie tylko także objęła, powiedziała również żebym wzięła walizki i weszła do środka.
Usiadłam an małej kanapie w salonie, babcia usiadła obok spojrzała na mnie ze zmartwieniem w oczach:
-KIm jesteś skarbie i co się stało?- postanowiłam na nia nie patrzeć, gdybym tylko zerkneła wiedzialam, ze od razu bym się popłakala i nic bym nie powiedziała
-Nazywam się Victoria Seean, i jestem tutaj dlatego że nie chcę już być sama.- mocno mnie przutuliła,Spojrzałam na nią nie płakała, była smutna ale nie płakała, dlaczego?
-Nie jest ci smutno?- spojrzała na mnie, i przytuliła mocniej
-Kochanie, jest mi smutno i to strasznie. Ale śmierć jest zapisana każdemu, niektórym wcześniej, innym później. Jedni chcą tego, inni nie. Takie jest życie, nie można naokragło się smucić, życie jest za krótkie, być może to ja za jakiś czas umrę, albo ty, i co? Umrzesz ze świadomością że cierpiałaś przez całe życie, zamiast chwytać z niego to co najlepsze. Ja i mama przez więkoszość życia byłyśmy pokłocone, cierpialaś przez to ty, i inne osoby. I widzisz? Ona umarła ze świadomością że już nigdy się nie pogodzimy, i że to wszystko nie było warte. A ja zostałam tutaj sama, i mam przez to cierpieć? Nie, wystarczy że pojednam się z nią poprzez modlitwę, i że wynagrodzę jej to poprzez opiekę nad tobą.- uśmiechnęła, się do mnie, MIała rację, zresztą jak zawsze, ale i tak to wszytsko było do dupy. To że przestanę cierpieć, nie sprawi że ludzie przestaną mnie ranić..
Starsza pani, już o nic nie o pytałą powiedziała żebym poszłą się rozpakować do swojego starego pokoju. Weszłam po schodach na górę, pokój w ktorym spędzałam swoje dzieiństwo znajdował się na samym końcu, powoli podeszłam do niego i otworzyłam. Weszłam niepewnie, czy coś się tutaj zmieniło? Nie wszystko było tak jak pamiętam. Mnóstwo szafek i półek na których znajdowały się zdjęcia, medale, puchary, pamiątki. Wielkie łóżko, z mnóstwem miśków, duuży miękki dywan, obok łóżka półka a na niej trzy zdjęcia:
Na pierwszym ja z babcią i dziadkiem, wtedy jeszcze żył, umarł rok po zrobieniu tego zdjęcia,
Na drugim ja i rodzice, wszyscy szczęśliwi, już dawno nie było tak idealnie jak wtedy,
A na trzecim ja i chłopiec. Miał brązowe włosy, urocze dołeczki i śliczne duże zielone oczy, nie pamiętałam jak się nazywał, ale w głębi wiedziałam że był on dla mnie kimś ważnym.
Dlaczego tak sądziłam? Na większosci zdjęć był właśnie on, on i ja.
Było także duże okno, wyjrzałam przez nie, no tak wielkie drzewo, na którym znajdował się domek, zrobiłam go razem z dziadkiem, albo z tatą ? Nieistotne, ważne że tu był, nadal. Wystarczyło wyjść przez okno, wdrapać się na odpowiednią gałąź i już było sie w domku. Uśmiechnęłam się na jego widok.. Czekaj ja się uśmiechnęłam? Dlaczego? ..
Ubrałam szybko mój czarny płaszcz, oczojebną czapkę z dużym bimbołem, moje glany i zeszłam na dół, na odchodne powiedziałam tylko:
-Wychodzę, nie wiem kiedy wrócę..- Babcia nie pytała o nic, rozumiała. Rozumiała że potrzebuje teraz być sama, przemyśleć to wszystko, zapomnieć..
Wyszłam przed dom, gdzie teraz się udać? Rozum podpowiadał skręć w prawo, serce w lewo. I pierwszy raz posłuchalam serca, które było głośniejsze. Wyszłam na chodnik i zderzyłam się z jakąś osobą, która mnie "zwaliła z nóg". Nie spojrzałam nawet na nią, tylko powiedziałam:
- Idąć tak szybko, możesz przeoczyć najistotniejsze rzeczy..
I powędrowałam dalej, słyszałam jednak że ta osoba zawróciła i szła teraz za mną, ale chyba bała się podejść bliżej, trzymała sie na dystans. I tak miało być, nie miałam najmniejszej ochoty teraz z kimkolwiek gadać, ale mimo to zatrzymałam się gwałtownie i odwróciłam się do tej osoby. Co ja robię? Jestem jakaś chora? Mózg, krzyczy IDZ, NIE WARTO. TO KOLEJNY CZŁOWIEK, KTÓRY CHCĘ CIĘ SKRZYWDZIĆ!"
Ale serce woła " ZAGADAJ, TO CI POMOŻE, URATUJE CIĘ"
Człowiek ten spojrzał się na mnie ze zdziwieniem a z moich ust wydobyły się słowa:
-Dlaczego, wciąż idziesz za mną? - jak się okazało chlopak, strasznie się speszył, a ja przeklinałam się w duchu dlaczego się odezwałam
-Eeeem, no bo.. eeey, chciałem sprawdzić co robiłaś u pani Marwin, widziałem jak od niej wychodziłaś.- a więc, to tak myślał że jestem jakąś złodziejką, albo jeszcze gorzej.
-Dla twojej wiadomości pani Marwin, to moja babcia baranie, a teraz odsuń się bo chcę przejść.- spojrzałam na niego przelotnie i zobaczyłam że SMIEJE SIĘ? On sie zwyczajnie śmiał, zezłościłam sie jeszcze bardziej, i szybkim krokiem poszłam do domu. Niee miałam ochoty na kolację, nie miałam ochoty na nic. Teraz w głowie miałam tylko JEGO.
Te jego czekoladowe oczy i łobuzerski uśmiech. KIM ON WŁASCIWIE BYŁ? CZEGO CHCIAŁ? CZEMU SIE ŚMIAŁ? DLACZEGO TAK MNIE BARDZO ZAINTERESOWAŁ?
" Życie często płata nam figle, wyznacza różne drogi, ale to od nas zależy którą drogę wybierzemy"
Cześć, dzisiaj mam ważną sprawę, bowiem chcę aby posty były dodawane regularnie, abyście zawsze wiedziały kiedy post będzie wstawiony.
Także chcę abyście to wy wybrały dni w którym bedę publikować rozdziały i od was zalezy również czy chcecie raz czy może dwa razy w tygodniu. Zostawiam to w waszych ręcach. :* !
Zaguubiona.
czwartek, 8 maja 2014
poniedziałek, 5 maja 2014
Nadzieja
" Po raz kolejny przemierzam ten okropny, ciemny las. Biegne, lecz tym razem nie ma nikogo kogogo miałabym gonić, przed kim miałabym uciekac, czy też kogoś kto miałby mnie uratować. Teraz biegłam, dlatego że chciałam stąd uciec. Nie było to jednak łatwe, las ciągnął się w nieskonczoność,a ja miałam słabą orientacje w terenie. W tem niewiadomo skąd pojawia się postać z wielkimi skrzydłami:
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz .?- zapytałam przerażona, lecz "to coś" się jeszcze bardziej zbliżyło i usmiechnęło szeroko:
--Zabrać cię do lepszego świata, pomoge ci- po czym wyciągnęło w mym kierunku dłoń, bez wahania ją złapałam i znalazłam się w lepszym świecie, z nimi.."
Pierwszy raz od bardzo dawna nie śnił mi się koszmar, byłam z tego niezmiernie rada. Przeciągnęłam się zadowolona i spojrzałam na zegarek, o kurwa za dwie godziny musimy wyjechać z domu, a ja jeszcze śpie. Szybko wyskoczyłam z łóżka,i zbiegłam po schodach w poszukiwaniu babci, miałam nadzieje że to wszystko to nie był kolejny beznadziejny sen. Lecz przemierzyłam salon, kuchnie, a jej nigdzie nie było. Po moich policzkach zaczęły spływać strugi łez, czułam się tak jakby Bóg bawił się ze mną w jakąś grę, w którą nie miałam prawa wygrać. Kompletnie wykończona psychicznie opadłam na kanape, podciągnęłam kolana pod brodę i kontynuowałam płakanie. Byłam już na skraju wykończenia nerwowego, miałam dość wszystkiego, moje życie jest całkowicie do dupy. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam całe mnóstwa pustych puszek butelek po alkoholach, czyli to wszystko było moim wymysłem. Tak naprawdę babci tutaj nigdy nie było, nie przyjechała by mnie zabrać, by mnie uratować, tak naprawdę nigdy się nie uśmiechnęłam...
Nie mogę tak dłużej żyć, nie mogę się stoczyć już na dobre, muszę się pozbierać, muszę.. Tylko jak...?
Minęło trochę czasu, dla mnie to cała wieczność a tak naprawdę to dopiero dwa dni bez mojego "skarbu". Suszy mnie cholernie, z każdą godziną, minutą jest coraz gorzej, boję się, tak strasznie się boję, zę się poddam i znowu zatopie swe smutki w NIEJ.. Siedzę wciśnięta w fotel i mysle. Myśle o tym ile jeszcze czasu mi zostało, ile czasu będę jeszcze sobą, ile jeszcze pozostało do tego czego tak bardzo się boję. JA na fotelu, ONA na stoliku przede mną, śmieje się ze mnie, wiem o tym doskonale. Cieszy się że nie jestem wystarczające silna, i że niedługo się poddam, a ONA jak zwykle wygra, JA już tak nie chcę, ale... Żeby to było takie proste, wszystko się zlewa, już nie panuję nad sobą, teraz ONA tu rządzi, WYGRAŁA ......
ZNOWU.
.
.
.
.
.
Wracam, powróciłam, leże na podłodze. W głowie totalna pustka, i ten ból, nie do zniesienia, niby już tak dobrze go znam, ale nadal nie potrafie się przyzwyczaić. Wstaje powoli, mam zawroty głowy, spoglądam na stolik, tym razem się nie śmieje jest spokojna, całe szczęście bo ja już mam jej dość, chcę od niej uciec, tak bardzo tego chcę..
Szybko poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, długą, relaksującą, póżniej szybko się przebrałam i spakowałam. Muszę uciec i to szybko, już teraz, to jest ten moment, jestem dość silna, wiem że dam radę, a przynajmniej dam radę do tego czasu aż będę na miejscu, daleko stąd, jak najdalej...
Tym razem ONA nie wygra, nie pozwole..
Chwilę później jestem tutaj w ośrodku dla osób uzależnionych, mam nadzieje że mi się uda, że w końcu będe wolna od NIEJ, a moi kochani rodzice będą ze mnie dumni, musze zrobić to przede wszystkim dla nich, tak strasznie ich kocham i tak strasznie tęsknie, za NIĄ także.
.
.
.
.
.
Tydzień mija, w głowie pustka, nie myslę, nie umiem. Jestem sama, mimo że jestem wśród ludzi. Z jednej strony chce tu być, a z drugiej uciec jak najdalej stąd. Ale nie chcę już uciec od NIEJ, chce uciec do dawnego życia, albo jeszcze lepiej do nich. Co noc czekam na anioła, który zabierze mnie do lepszego świata, lecz on się nie pojawia. Sny również zniknęły. Nie mam już nic, PUSTKA..
Kiedyś zadawałam pytanie: "Jak długo będę jeszcze sobą?" Teraz zadaje takie : "Kiedy znowu choć na chwilę bedę sobą?"
.
.
.
.
Być może tak własnie miało być, być może miałam zrozumieć na czym polega prawdziwe życie. Zmierzyć się z prawdziwym światem, z rzeczywistością..
Chociaż tak naprawde mnie to ni chuja obchodzi, mam to wszystko w dupie, ci wszyscy ludzie są jacyś chorzy, nienawidze ich wszystkich, nienawidze każdego człowieka na ziemi, mam już dość, nie odzywałam się do nikogo przez dwa miesiące, aż tyle czasu tu zmarnowałam, i po co.? Po cholere, tyle cierpiałam, może i wyleczyłam się od NIEJ, ale dlaczego.? Przecież nikt ode mnie tego nie wymagał, nikogo nie obchodzę, każdy ma mnie w dupie, zresztą ja ich także. Umieram, powoli, cierpiąc.. Wyjeżdżam, do Londynu, do babci, która miała byc moim aniołem, a tak naprawdę, nawet do mnie nie zadzwoniła, ale to nic. Mam tylko ją, tylką ją kocham, i wiem że tylko ona mnie zrozumie, moja kochana babcia, moja jedyna nadzieja...
Gdy zycie smutnym jest westchnieniem
kiedy marzenia jak źródło wyczerpane,
gdy uśmiech boleści jest cieniem
słowo NADZIEJA pustym sloganem
cóź wtedy czynić z oczami jak woda.?
Jak leczyć serce krwawiące.?
Czy wierzyć jeszcze, czy szepnąć szkoda.?
Czy martwym być na słonca promienie..?
Nie wiem..
Proszę tutaj macie kolejny rozdział, mam nadzieje że się wam spodoba.
Mam nadzieję że pod dzisiejszym postem znajdą się jakieś komentarze, chciałabym dowiedzieć się co o nim sądzicie :* !
Aaaa jeżeli chodzi kontakt ze mną, w sprawie opowiadanie czy czegokolwiek zapraszam na aska:
ask.fm/jeeeeeebs
-Kim jesteś i czego ode mnie chcesz .?- zapytałam przerażona, lecz "to coś" się jeszcze bardziej zbliżyło i usmiechnęło szeroko:
--Zabrać cię do lepszego świata, pomoge ci- po czym wyciągnęło w mym kierunku dłoń, bez wahania ją złapałam i znalazłam się w lepszym świecie, z nimi.."
Pierwszy raz od bardzo dawna nie śnił mi się koszmar, byłam z tego niezmiernie rada. Przeciągnęłam się zadowolona i spojrzałam na zegarek, o kurwa za dwie godziny musimy wyjechać z domu, a ja jeszcze śpie. Szybko wyskoczyłam z łóżka,i zbiegłam po schodach w poszukiwaniu babci, miałam nadzieje że to wszystko to nie był kolejny beznadziejny sen. Lecz przemierzyłam salon, kuchnie, a jej nigdzie nie było. Po moich policzkach zaczęły spływać strugi łez, czułam się tak jakby Bóg bawił się ze mną w jakąś grę, w którą nie miałam prawa wygrać. Kompletnie wykończona psychicznie opadłam na kanape, podciągnęłam kolana pod brodę i kontynuowałam płakanie. Byłam już na skraju wykończenia nerwowego, miałam dość wszystkiego, moje życie jest całkowicie do dupy. Rozejrzałam się dookoła i zauważyłam całe mnóstwa pustych puszek butelek po alkoholach, czyli to wszystko było moim wymysłem. Tak naprawdę babci tutaj nigdy nie było, nie przyjechała by mnie zabrać, by mnie uratować, tak naprawdę nigdy się nie uśmiechnęłam...
Nie mogę tak dłużej żyć, nie mogę się stoczyć już na dobre, muszę się pozbierać, muszę.. Tylko jak...?
Minęło trochę czasu, dla mnie to cała wieczność a tak naprawdę to dopiero dwa dni bez mojego "skarbu". Suszy mnie cholernie, z każdą godziną, minutą jest coraz gorzej, boję się, tak strasznie się boję, zę się poddam i znowu zatopie swe smutki w NIEJ.. Siedzę wciśnięta w fotel i mysle. Myśle o tym ile jeszcze czasu mi zostało, ile czasu będę jeszcze sobą, ile jeszcze pozostało do tego czego tak bardzo się boję. JA na fotelu, ONA na stoliku przede mną, śmieje się ze mnie, wiem o tym doskonale. Cieszy się że nie jestem wystarczające silna, i że niedługo się poddam, a ONA jak zwykle wygra, JA już tak nie chcę, ale... Żeby to było takie proste, wszystko się zlewa, już nie panuję nad sobą, teraz ONA tu rządzi, WYGRAŁA ......
ZNOWU.
.
.
.
.
.
Wracam, powróciłam, leże na podłodze. W głowie totalna pustka, i ten ból, nie do zniesienia, niby już tak dobrze go znam, ale nadal nie potrafie się przyzwyczaić. Wstaje powoli, mam zawroty głowy, spoglądam na stolik, tym razem się nie śmieje jest spokojna, całe szczęście bo ja już mam jej dość, chcę od niej uciec, tak bardzo tego chcę..
Szybko poszłam do łazienki i wzięłam kąpiel, długą, relaksującą, póżniej szybko się przebrałam i spakowałam. Muszę uciec i to szybko, już teraz, to jest ten moment, jestem dość silna, wiem że dam radę, a przynajmniej dam radę do tego czasu aż będę na miejscu, daleko stąd, jak najdalej...
Tym razem ONA nie wygra, nie pozwole..
Chwilę później jestem tutaj w ośrodku dla osób uzależnionych, mam nadzieje że mi się uda, że w końcu będe wolna od NIEJ, a moi kochani rodzice będą ze mnie dumni, musze zrobić to przede wszystkim dla nich, tak strasznie ich kocham i tak strasznie tęsknie, za NIĄ także.
.
.
.
.
.
Tydzień mija, w głowie pustka, nie myslę, nie umiem. Jestem sama, mimo że jestem wśród ludzi. Z jednej strony chce tu być, a z drugiej uciec jak najdalej stąd. Ale nie chcę już uciec od NIEJ, chce uciec do dawnego życia, albo jeszcze lepiej do nich. Co noc czekam na anioła, który zabierze mnie do lepszego świata, lecz on się nie pojawia. Sny również zniknęły. Nie mam już nic, PUSTKA..
Kiedyś zadawałam pytanie: "Jak długo będę jeszcze sobą?" Teraz zadaje takie : "Kiedy znowu choć na chwilę bedę sobą?"
.
.
.
.
Być może tak własnie miało być, być może miałam zrozumieć na czym polega prawdziwe życie. Zmierzyć się z prawdziwym światem, z rzeczywistością..
Chociaż tak naprawde mnie to ni chuja obchodzi, mam to wszystko w dupie, ci wszyscy ludzie są jacyś chorzy, nienawidze ich wszystkich, nienawidze każdego człowieka na ziemi, mam już dość, nie odzywałam się do nikogo przez dwa miesiące, aż tyle czasu tu zmarnowałam, i po co.? Po cholere, tyle cierpiałam, może i wyleczyłam się od NIEJ, ale dlaczego.? Przecież nikt ode mnie tego nie wymagał, nikogo nie obchodzę, każdy ma mnie w dupie, zresztą ja ich także. Umieram, powoli, cierpiąc.. Wyjeżdżam, do Londynu, do babci, która miała byc moim aniołem, a tak naprawdę, nawet do mnie nie zadzwoniła, ale to nic. Mam tylko ją, tylką ją kocham, i wiem że tylko ona mnie zrozumie, moja kochana babcia, moja jedyna nadzieja...
Gdy zycie smutnym jest westchnieniem
kiedy marzenia jak źródło wyczerpane,
gdy uśmiech boleści jest cieniem
słowo NADZIEJA pustym sloganem
cóź wtedy czynić z oczami jak woda.?
Jak leczyć serce krwawiące.?
Czy wierzyć jeszcze, czy szepnąć szkoda.?
Czy martwym być na słonca promienie..?
Nie wiem..
Proszę tutaj macie kolejny rozdział, mam nadzieje że się wam spodoba.
Mam nadzieję że pod dzisiejszym postem znajdą się jakieś komentarze, chciałabym dowiedzieć się co o nim sądzicie :* !
Aaaa jeżeli chodzi kontakt ze mną, w sprawie opowiadanie czy czegokolwiek zapraszam na aska:
ask.fm/jeeeeeebs
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
ALUZJA
... biegnę przez las, ciągnie się w nieskończoność. ,tym razem nie uciekam lecz sama gonię. Przede mną biegnie para ludzi, kobieta i mężczyzna. Przyspieszam, ludzie ci nie mają już sił, a ja w końcu ich doganiam. Okazuje się że ta para to rodzice, są przerażeni, a po chwili się odzywają:
- Czy możesz nas w końcu zostawić? Nie rozumiesz, my cię nie chcemy.
Stanęłam jak wryta, a oni mi się w tym czasie wyrwali, nie miałam już sił ich gonić, tym samym zostając w tym ogromnym lesie..
Już na zawsze całkiem sama..
Obudziłam się jak zwykle cała mokra, byłam bardzo zdziwiona, dlaczego tym razem sen był taki, być może rodzice naprawde mieli już mnie dośc..
Zeszłam w pidżamach do salonu i wyciągnęłam jedną butelke wódki, następnie zasiadłam przed telewizorem i powtórzyłam czynność z wczoraj. Wzięłam pilot do ręki i wcisnęłam przycisk play, znowu mogłam ich mieć przy sobie. Przez cały dzień wypiłam dwie wódki i pięć piw. Byłam naprawde wcięta, ale nie obchodziło mnie to, już nic mnie nie obchodziło..
Następnego dnia robiłam to samo, kolejnego również i jeszcze następnego także, tak minął mi cały miesiąc, a ja bez butelki wódki dziennie nie mogłam wytrzymać. Szkołe rzuciłam w cholere, mimo że od miesiąca nigdzie się nie pojawiłam nikt się nie odezwał, nikt sie nie zainteresował co się ze mną dzieje.Zupełnie jakbym przestała istnieć.. ( byłam pełnoletnia, myślę że to wszystko wyjasnia..)
Po miesiącu moje zapasy alkoholu niestety się skończyły, więc musiałam wyjść i je zakupić. Założyłam jakiś dres włosy niechlujnie związałam i wyszłam. Początkowo światło słoneczne strasznie mnie raziło, nie mogłam się przyzwyczaić do jasności, w końcu ostatni czas spędzałam w zupełnych ciemnościach. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, nie rozumieli,zresztą oni nigdy niczego nie rozumieją...
Weszłam do sklepu i kupiłam dwadzieścia butelek wódki i pięć czteropaków, gdy wracałam do domu spotkałam Louize, "przyjaciółkę", gdy mnie zobaczyła otworzyła buzie ze zdziwienia:
-Victoria.? Jak ja cię dawno nie widziałam..- powiedziała jak gdyby nigdy nic się nie stało.
-No co ty nie powiesz...-odpowiedziałam z grymasem na twarzy, myslałam że już sobie pójdzie, ale ona nadal stała i uporczywie się we mnie wpatrywała. Ja natomiast się strasznie niecierpliwiłam, mój głód alkoholowy był nie do wytrzymania.:
-Emm, co ty masz w torbach.?- zapytała ciekawa, no kurwa ślepa była czy co.?
-Nie widzisz, czy co.? Sorry ale moi przyjaciele się niecierpliwią.-powiedziałam i już chciałam ją wyminąć gdy ta złapała mnie za nadgarstek, spojrzałam na nią pytająco:
-Vicki, co się z tobą dzieje,? Strasznie się zmieniłaś, i co to za przyjaciele, co..?-zapytała, a we mnie aż się zagotowało:
-Ze mną,? Co się z tobą dzieje,? Gdy ja najbardziej cię potrzebowałam ty mnie zostawiłaś, kompletnie o mnie zapomniałaś, i ty jeszcze śmiesz mi mówić że to ja się zmieniłam..
-A jednak to ty znalazłaś sobie nowyh przyjaciół..-powiedziała wściekła, a ja wyciągnęłam z torby wódke i piwo:
-Louiza, oto moi nowi przyjaciele, jedyni którzy najlepiej mnie rozumieją, a teraz przepraszam cię ale mamy plany.- powiedziałam szczerząc się jak głupia, nic mnie tak nie cieszyło jak myśl zalania się w trupa, teraz liczyło sie tylko to, nic innego nie miało znaczenia.
-Vicki kim ty jesteś..?- powiedziała przez łzy i pobiegła przed siebie, ja jedynie prychnęłam pod nosem i powróciłam do mojego codziennego zajęcia.
...
I tak mijały kolejne dni, wcześniej gdy Louiza zadała mi pytanie kim jestem, nie umiałam jej odpowiedzieć, teraz już wiedziałam. Byłam alkoholiczką, zaczęło się tak niewinnie, a teraz nie umiałam przestać, jeden dzień bez trunku i już wariuje,..
Potrzebuje bliskości, potrzebuje kogoś kto mógłby mnie przytulić, pocieszyć, a przede wszystkim kogoś kto pomógłby mi wyjść z tego bagna w które weszłam..
Gdy jak codzień siedziałam już dość mocno wypita wpatrując się w ekran telewizora na którym widniały szczęśliwe twarze moich rodziców, usłyszałam dzwonek. Tak ktoś dzwonił do drzwi,i to do moich drzwi, tak dawno nie miałam przyjemności słyszeć tego dźwięku, byłam jak w transie, szczerzyłam się sama do siebie napawając się tym odgłosem, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę że powinnam otworzyć. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi, przekręciłam klucz i otworzyłam je, jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam w nich staruszkę, z uroczymi zmarszczkami:
-Babcia.!-powiedziałam przez łzy i wtuliłam się w nią jak najmocniej mogłam,odsunęła się powoli ode mnie :
-Jak się trzymasz skarbie.?-zapytała i weszła do środka oglądając mieszkanie, ja zamknęłam drzwi i podążyłam za nią, weszła do salonu, no kurde a nie mogła iść do kuchni.? W pomieszczeniu tym znajdowały się same butelki i puszki, było ich naprawde sporawo, spojrzało na mnie pytająco:
-Tsa.. Jak widać, nie jest zbyt dobrze.. Nie radze sobie z tym wszystkim, to miejsce mnie przytłacza.- powiedziałam i opadłam na mój "ukochany" fotel, babcia natomiast usadowiła się na kanapie:
-A co z tym.?- powiedziała załamującym się głosem po czym wskazała puste butelki walające się po całym mieszkaniu:
-Jak widzisz babciu twoja wnuczka stała się alkoholiczką, nie da się już tego zmienić, widocznie tak musiało być..-powiedziałam, a po moich polikach spłynęło sporawo słonych łez:
-Kochanie, ja po śmierci dziadka też nie mogłam się pozbierać, ale w końcu mi sie udało, nauczyłam się że ludzie po prostu odchodzą, tak już jest, ale nic się nie dzieje bez powodu, widocznie Bóg zapisał ci inną historie, dziecko ja tez bardzo przeżyłam śmierć twojej mamy i taty, ale nie poddałam się tak jak ty..
Nie słyszałam co mówiła dalej, gdyż zasnęłam, nie przez zmęczenie, tylko przez zawartość alkoholu w mojej krwi. Nie wiem ile spałam czy były to dwie godziny czy pięć, ale gdy otworzyłam oczy bardzo się zdziwiłam nie było nawet śladu po puszkach czy butelkach, było czysto. Weszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę, moje "zapasy" także zniknęły, no i co ja mam niby pić..? Chodziłam po mieszkaniu i szukałam moich "skarbów", lecz jak do tej pory nie szło mi to za dobrze. Jakby zapadły się pod ziemie.. Widocznie Bóg zesłał mi dobrego anioła, który ma mi pomóc się z tym wszystkim uporać. Zeszłam do salonu usiadłam na kanapie i po prostu czekałam, czekałam i czekałam.. Na co.? Sama nie wiem, może na to aż mój anioł wróci, albo jak wrócę sama ja, wstałam i pierwszy raz od dawna spojrzałam w lustro, to co zobaczyłam mnie przeraziło, włosy potargane we wszystkie możliwe strony, stary poplamiony dres i okropna twarz, gdybym zobaczyła taką osobę na ulicy trzymałabym się od niej jak najdalej. postanowiłam coś ze sobą zrobić. Weszłam do łazienki i wzięłam zimny prysznic, o tak tego było mi trzeba, następnie wysuszyłam moje długie kasztanowe falowane włosy i przebrałam się w dżinsy oraz luźny top. Gdy zeszłam na dół czekała na mnie ona, gdy mnie zobaczyła szeroko się uśmiechnęła, ja jednak nie mogłam, nie umiałam.Zeszłam na dół i mocno się w nią wtuliłam ona natomiast wyjęła z torby białą kopertę i mi ją wręczyła, ja spojrzałam na nią pytająco, a ona jedynie wskazała mi żebym otworzyła. Długo się wahałam, jednak po pewnym czasie zrobiłam to i wyjęłam .. bilet.?..
-Bilet do Londynu, do domu. Wracasz i zamieszkasz ze mną, zobaczysz będzie fajnie..
-Nie wiem czy to dobry pomysł ja..-spojrzałam na babcie której mina wskazywała że nawet gdybym odmówiła to i tak bym musiała lecieć,- No, niech już będzie.
Staruszko uśmiechnęła się lekko, przez co jej zmarszczki wydały się jeszcze większe. A następnie udała się do kuchni, ja poczłapałam za nią, dopiero teraz zauważyłam że była na zakupach, gdy wszystko już rozpakowała, zapytała:
-Więc co byś zjadła.?- spojrzałam na nią ze zdziwieniem:
-emm, nie wiem zazwyczaj zjadam kiszone ogórki jako zagryzkę-przyznałam zawstydzona, ona tylko pokręciła głową z niedowierzaniem i zaczęła coś prychcić. Ja w tym czasie postanowiłam się spakować, bo z biletu wychodziło że wylatujemy jutro z samego rana. Miałam trzy walizki, w które zapakowałam moje dotychczasowe życie, całe osiemnaście lat..
Gdy męczyłam się już z ostatnim zamkiem, usłyszałam z dołu:
-Kochanie, upiekłam twoje ulubione ciasto, szarlotkę, choć szybko bo gorąca jest najlepsza.- po tych słowach pierwszy raz od dawna się uśmiechnęłam, no może nie był to uśmiech ale moje kąciki lekko drgnęły, a to już było coś. Może ten wyjazd to dobry pomysł, może najwyższy czas zacząć żyć od nowa..
" Gdy kończy się jeden rozdział nie zamykaj książki, tylko zacznij kolejny.."
Liczę na wasze komentarze, to one motywują najbardziej, do dalszego działania. <3
Jeżeli zobaczę że się podoba, kolejny rozdział JUŻ JUTRO !
- Czy możesz nas w końcu zostawić? Nie rozumiesz, my cię nie chcemy.
Stanęłam jak wryta, a oni mi się w tym czasie wyrwali, nie miałam już sił ich gonić, tym samym zostając w tym ogromnym lesie..
Już na zawsze całkiem sama..
Obudziłam się jak zwykle cała mokra, byłam bardzo zdziwiona, dlaczego tym razem sen był taki, być może rodzice naprawde mieli już mnie dośc..
Zeszłam w pidżamach do salonu i wyciągnęłam jedną butelke wódki, następnie zasiadłam przed telewizorem i powtórzyłam czynność z wczoraj. Wzięłam pilot do ręki i wcisnęłam przycisk play, znowu mogłam ich mieć przy sobie. Przez cały dzień wypiłam dwie wódki i pięć piw. Byłam naprawde wcięta, ale nie obchodziło mnie to, już nic mnie nie obchodziło..
Następnego dnia robiłam to samo, kolejnego również i jeszcze następnego także, tak minął mi cały miesiąc, a ja bez butelki wódki dziennie nie mogłam wytrzymać. Szkołe rzuciłam w cholere, mimo że od miesiąca nigdzie się nie pojawiłam nikt się nie odezwał, nikt sie nie zainteresował co się ze mną dzieje.Zupełnie jakbym przestała istnieć.. ( byłam pełnoletnia, myślę że to wszystko wyjasnia..)
Po miesiącu moje zapasy alkoholu niestety się skończyły, więc musiałam wyjść i je zakupić. Założyłam jakiś dres włosy niechlujnie związałam i wyszłam. Początkowo światło słoneczne strasznie mnie raziło, nie mogłam się przyzwyczaić do jasności, w końcu ostatni czas spędzałam w zupełnych ciemnościach. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, nie rozumieli,zresztą oni nigdy niczego nie rozumieją...
Weszłam do sklepu i kupiłam dwadzieścia butelek wódki i pięć czteropaków, gdy wracałam do domu spotkałam Louize, "przyjaciółkę", gdy mnie zobaczyła otworzyła buzie ze zdziwienia:
-Victoria.? Jak ja cię dawno nie widziałam..- powiedziała jak gdyby nigdy nic się nie stało.
-No co ty nie powiesz...-odpowiedziałam z grymasem na twarzy, myslałam że już sobie pójdzie, ale ona nadal stała i uporczywie się we mnie wpatrywała. Ja natomiast się strasznie niecierpliwiłam, mój głód alkoholowy był nie do wytrzymania.:
-Emm, co ty masz w torbach.?- zapytała ciekawa, no kurwa ślepa była czy co.?
-Nie widzisz, czy co.? Sorry ale moi przyjaciele się niecierpliwią.-powiedziałam i już chciałam ją wyminąć gdy ta złapała mnie za nadgarstek, spojrzałam na nią pytająco:
-Vicki, co się z tobą dzieje,? Strasznie się zmieniłaś, i co to za przyjaciele, co..?-zapytała, a we mnie aż się zagotowało:
-Ze mną,? Co się z tobą dzieje,? Gdy ja najbardziej cię potrzebowałam ty mnie zostawiłaś, kompletnie o mnie zapomniałaś, i ty jeszcze śmiesz mi mówić że to ja się zmieniłam..
-A jednak to ty znalazłaś sobie nowyh przyjaciół..-powiedziała wściekła, a ja wyciągnęłam z torby wódke i piwo:
-Louiza, oto moi nowi przyjaciele, jedyni którzy najlepiej mnie rozumieją, a teraz przepraszam cię ale mamy plany.- powiedziałam szczerząc się jak głupia, nic mnie tak nie cieszyło jak myśl zalania się w trupa, teraz liczyło sie tylko to, nic innego nie miało znaczenia.
-Vicki kim ty jesteś..?- powiedziała przez łzy i pobiegła przed siebie, ja jedynie prychnęłam pod nosem i powróciłam do mojego codziennego zajęcia.
...
I tak mijały kolejne dni, wcześniej gdy Louiza zadała mi pytanie kim jestem, nie umiałam jej odpowiedzieć, teraz już wiedziałam. Byłam alkoholiczką, zaczęło się tak niewinnie, a teraz nie umiałam przestać, jeden dzień bez trunku i już wariuje,..
Potrzebuje bliskości, potrzebuje kogoś kto mógłby mnie przytulić, pocieszyć, a przede wszystkim kogoś kto pomógłby mi wyjść z tego bagna w które weszłam..
Gdy jak codzień siedziałam już dość mocno wypita wpatrując się w ekran telewizora na którym widniały szczęśliwe twarze moich rodziców, usłyszałam dzwonek. Tak ktoś dzwonił do drzwi,i to do moich drzwi, tak dawno nie miałam przyjemności słyszeć tego dźwięku, byłam jak w transie, szczerzyłam się sama do siebie napawając się tym odgłosem, dopiero po chwili zdałam sobie sprawę że powinnam otworzyć. Chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi, przekręciłam klucz i otworzyłam je, jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam w nich staruszkę, z uroczymi zmarszczkami:
-Babcia.!-powiedziałam przez łzy i wtuliłam się w nią jak najmocniej mogłam,odsunęła się powoli ode mnie :
-Jak się trzymasz skarbie.?-zapytała i weszła do środka oglądając mieszkanie, ja zamknęłam drzwi i podążyłam za nią, weszła do salonu, no kurde a nie mogła iść do kuchni.? W pomieszczeniu tym znajdowały się same butelki i puszki, było ich naprawde sporawo, spojrzało na mnie pytająco:
-Tsa.. Jak widać, nie jest zbyt dobrze.. Nie radze sobie z tym wszystkim, to miejsce mnie przytłacza.- powiedziałam i opadłam na mój "ukochany" fotel, babcia natomiast usadowiła się na kanapie:
-A co z tym.?- powiedziała załamującym się głosem po czym wskazała puste butelki walające się po całym mieszkaniu:
-Jak widzisz babciu twoja wnuczka stała się alkoholiczką, nie da się już tego zmienić, widocznie tak musiało być..-powiedziałam, a po moich polikach spłynęło sporawo słonych łez:
-Kochanie, ja po śmierci dziadka też nie mogłam się pozbierać, ale w końcu mi sie udało, nauczyłam się że ludzie po prostu odchodzą, tak już jest, ale nic się nie dzieje bez powodu, widocznie Bóg zapisał ci inną historie, dziecko ja tez bardzo przeżyłam śmierć twojej mamy i taty, ale nie poddałam się tak jak ty..
Nie słyszałam co mówiła dalej, gdyż zasnęłam, nie przez zmęczenie, tylko przez zawartość alkoholu w mojej krwi. Nie wiem ile spałam czy były to dwie godziny czy pięć, ale gdy otworzyłam oczy bardzo się zdziwiłam nie było nawet śladu po puszkach czy butelkach, było czysto. Weszłam do kuchni i otworzyłam lodówkę, moje "zapasy" także zniknęły, no i co ja mam niby pić..? Chodziłam po mieszkaniu i szukałam moich "skarbów", lecz jak do tej pory nie szło mi to za dobrze. Jakby zapadły się pod ziemie.. Widocznie Bóg zesłał mi dobrego anioła, który ma mi pomóc się z tym wszystkim uporać. Zeszłam do salonu usiadłam na kanapie i po prostu czekałam, czekałam i czekałam.. Na co.? Sama nie wiem, może na to aż mój anioł wróci, albo jak wrócę sama ja, wstałam i pierwszy raz od dawna spojrzałam w lustro, to co zobaczyłam mnie przeraziło, włosy potargane we wszystkie możliwe strony, stary poplamiony dres i okropna twarz, gdybym zobaczyła taką osobę na ulicy trzymałabym się od niej jak najdalej. postanowiłam coś ze sobą zrobić. Weszłam do łazienki i wzięłam zimny prysznic, o tak tego było mi trzeba, następnie wysuszyłam moje długie kasztanowe falowane włosy i przebrałam się w dżinsy oraz luźny top. Gdy zeszłam na dół czekała na mnie ona, gdy mnie zobaczyła szeroko się uśmiechnęła, ja jednak nie mogłam, nie umiałam.Zeszłam na dół i mocno się w nią wtuliłam ona natomiast wyjęła z torby białą kopertę i mi ją wręczyła, ja spojrzałam na nią pytająco, a ona jedynie wskazała mi żebym otworzyła. Długo się wahałam, jednak po pewnym czasie zrobiłam to i wyjęłam .. bilet.?..
-Bilet do Londynu, do domu. Wracasz i zamieszkasz ze mną, zobaczysz będzie fajnie..
-Nie wiem czy to dobry pomysł ja..-spojrzałam na babcie której mina wskazywała że nawet gdybym odmówiła to i tak bym musiała lecieć,- No, niech już będzie.
Staruszko uśmiechnęła się lekko, przez co jej zmarszczki wydały się jeszcze większe. A następnie udała się do kuchni, ja poczłapałam za nią, dopiero teraz zauważyłam że była na zakupach, gdy wszystko już rozpakowała, zapytała:
-Więc co byś zjadła.?- spojrzałam na nią ze zdziwieniem:
-emm, nie wiem zazwyczaj zjadam kiszone ogórki jako zagryzkę-przyznałam zawstydzona, ona tylko pokręciła głową z niedowierzaniem i zaczęła coś prychcić. Ja w tym czasie postanowiłam się spakować, bo z biletu wychodziło że wylatujemy jutro z samego rana. Miałam trzy walizki, w które zapakowałam moje dotychczasowe życie, całe osiemnaście lat..
Gdy męczyłam się już z ostatnim zamkiem, usłyszałam z dołu:
-Kochanie, upiekłam twoje ulubione ciasto, szarlotkę, choć szybko bo gorąca jest najlepsza.- po tych słowach pierwszy raz od dawna się uśmiechnęłam, no może nie był to uśmiech ale moje kąciki lekko drgnęły, a to już było coś. Może ten wyjazd to dobry pomysł, może najwyższy czas zacząć żyć od nowa..
" Gdy kończy się jeden rozdział nie zamykaj książki, tylko zacznij kolejny.."
Liczę na wasze komentarze, to one motywują najbardziej, do dalszego działania. <3
Jeżeli zobaczę że się podoba, kolejny rozdział JUŻ JUTRO !
wtorek, 18 marca 2014
SAMA
Biegne cały czas przed siebie, jednak las ciągnie się w nieskończoność, wołam pomocy lecz nikt nie słyszy. Nikogo nie ma, wszyscy odwrócili się gdy zaczęły się problemy, a ona jest coraz bliżej, dogania mnie.
Przyspieszam, lecz tamta także przyspiesza, wrzeszcze jeszcze raz i błagam o ratunek. Pojawia się chłopak, początkowo nie mam pojęcia kto to, widzę jedynie bujne loki na całej głowie. Widzimy już ulicę, jeszcze parę kroków a nam sie uda.. Lecz przeciwnik był szybszy, złapał mnie jak i jego. Zaprowadził do ciemnego pokoju, po chwili ciszy usłyszałam:
-Ktoś chętny jako pierwszy.?- zapytała swoim okropnym głosem
Rozbłysły światła i zobaczyłam jej twarz, a raczej naszą twarz, twarz okrótnej, bezlitosnej Victorii. Trzymała pistolet, podeszła bliżej mnie i powiedziała:
-A teraz patrz suko jak twoje szczęście znika- przyłożyła lufę do głowy chłopaka, ten obrócił się do mnie, rozpoznałam go,wszędzie bym rozpoznała te śliczne zielone oczy, pistolet wystrzelił....
...
Obudziłam się cała mokra, mimo że sny pojawiały sie codziennie nie potrafiłam się do nich przyzwyczaić, a najbardziej przerażał mnie koniec, który zawsze był taki sam...
Spojrzałam na zegarek : 7.30. Kurcze trzeba byłoby już wstać... Ospale i niechętnie zwlekłam się z łóżka, no ale kto chętnie wstaje do szkoły.? Stanęłam przed szafą, i jak codzień ten sam problem :
W co ja mam się ubrac..?! Nie miałam zbyt wiele czasu więc szybko wybrałam byle co, były to krótkie dżinsowe spodenki i śliczny cienki sweterek w paski , do tego czarne vansy. Włosy rozpuściłam i lekko się umalowałam. Po skończeniu porannych czyności, zeszłam na dół do kuchni, jak zwykle nikogo nie było, na lodówce tym razem jednak była przyczepiona karteczka: " Vicki, wyjeżdżamy na delegacje do Berlina, wrócimy za dwa tygodnie.Obieujemy że to już ostatni raz, później każdą wolną chwile bedziemy spędzać razem, kochamy cię -rodzice. Chata przez dwa tygodnie wolna i co ja przez ten czas mam robić,oni nie rozumieją że mi jedynie do szcześcia sa potrzebni ONI, a nie te pieprzone pieniądze. . Spojrzałam na zegarek- 7.55, kurwa nie no teraz to napewno się spóźnię. Szybko złapałam klucze, zamknełam drzwi i czym prędzej pobiegłam do szkoły. Nie miałam aż tak znowu daleko, ale blisko też nie. Biegłam najszybciej jak umiałam, no i jak mi na to pozwalał ruch drogowy. Po jakimś czasie podbiegłam pod sporawy budynek w kolorze okropnej zgniłej zieleni, juz na sam widok tego koloru niedobrze się robiło i cały dobry chumor pryskał niczym bańka mydlana. Weszłam do budynku, spojrzałam na zegarek - 8.10, z torby wyjęłam plan lekcji, nie no pierwsza godzina z wychowacą jestem już martwa..
Podeszłam pod klasę i cicho zapukałam, modliłam się aby nie usłyszeć proszę, niestety słowo zostało wypowiedziane, a ja musiałam wejść do środka. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i jak się okazało nauczycielki nie było. Usiadłam obok przyjaciółki( tak mam przyjaciółkę, jedyną, zaufałąm jej, mimo to każdego dnia boje się że zrobiłam źle, ale warto miec taką osobą przy sobie, uwierzcie warto):
- A gdzie Hitler.?-zapytałam ze zdziwieniem, bo kto jak kto ale ta nauczycielka nigdy się nie spóźniała
-Podobno jacyś ważni goście do naszej szkoły przyjechali, być może to Barack Obama z rodziną..- spojrzałam na nią z jeszcze większym zdziwniem- No co.? Ten gość naprawdę jest fajny.
Moje przemyślania przerwała mrs, Hitler, która weszła do klasy swoim kaczym krokiem, zasiadła swoim tłustym tyłkiem na siedzeniu i zaczęła swoimi krowimi oczyma kogoś szukać, modliłam sie obym to tylko ja nie była tą poszukiwaną, ale niestety jej wzrok zatrzymał sie na mnie, a pod jej wąsami zagościł chytry uśmiech:
-Pani Seean, dyrektor panią wzywa do swojego gabinetu,- przełknęłam głośno ślinę, kurczę czego on odemnie chcę, dopiero zaczął się tydzień i jeszcze nie zdążyłam nic złego zrobić. wstałam ze swojego miejsca i wyszłam z klasy, z jednej strony cieszyłam się że minie mi lekcja, a z drugiej strasznie się bałam..Szłam najwolniej jak potrawiłam, mimo mojego powolnego kroku, po jakimś czasie doszłam, zapukałam i po chwili weszłam. Na krześle siedział, miły starszy pan, byłam jego częstym gościem,i muszę przyznać że go polubiłam, ( no dobra, ja nie lubię nikogo, ale on miał w sobie to coś, sama nie wie, jestem głuupia...) nie był taki zrzędliwy jak moja wychowawczyni a przedewszystkim umiał słuchać, natomiast na przeciwko niego siedziały dwie kobiety. Już po wyglądzie mogłam stwierdzić że do miłych to one nie należały. Dyrektor na mój widok uśmiechnął się lekko i kazał usiąść na krześle obok niego. Po paru minutach niezręcznej ciszy, odezwała się jedna z kobiet:
-Witaj Victorio, przyjechałyśmy do ciebie z bardzo ważnymi wiadomościami, ale muszę przyznać że nie będą one dobre- spojrzała mi prosto w oczy a po chwili powiedziała- twoi rodzice mieli bardzo poważny wypadek...
-W którym szpitalu leżą, muszę zaraz do nich jjjechać, bbo..-wstałam z miejsca i popatrzałam na otaczających mnie ludzi wszyscy siedzieli ze spuszczonymi głowami, usiadłam- Czy onni...?- nikt sie nie odzywał, więc wybuchłam- Czy może ktoś mi do cholery wytłumaczyć co się stało.? Co jest z moimi rodzicami.? I kiedy będe mogła ich odwiedzić.?
Jedna z kobiet spojrzała na mnie:
-Vicktoria, ty już ich nie zobaczysz, ten wypadek był naprawdę poważny, ich samochód wpadł w poślizg- zaczęłam coraz bardziej płakać- wpadli pod tira, który ich samochód zamienił w kupę złomu, i chyba wiesz co bylo dalej.. Twoi rodzice nie mieli szans.
-Jasne, jasne.. Tak wkręcajcie mnie dalej. Zaraz do nich zadzwonie i wszystko się wyjaśni.- wyciągnęłam telefon i wybrałam numer mamy, nieosiągalny, no to pewnie przypadek, wykręciłam numer taty, pierwszy sygnał, drugi, trzeci, nie to nie możliwe. Popatrzałam na otaczających mnie ludzi, nikt się już nie odezwał, to oznaczało że to wszystko to jednak prawda.. Ale przeciez ja mam tylko ich, przy nich czuję się bezpieczna, tylko dizęki nim nie pojawiają się transy, jak ja teraz sobie poradzę? Oni nie wiedzą że jestem chora, nikt nie wie, bo właściwie nikt nie wie co mi jest..Wstałam z krzesła i niczym martwa wydostałam się z tego "pokoju grozy". Po moich policzkach spływały strugi łez, które wyraźnie w mojej twarzy ryły rowy.. Niczym zombi weszłam do klasy, bez pukania, bez jakiegokolwiek przepraszam, nie obchodziły mnie krzyki mrs. Kaczki, nie obchodziły mnie pytania przyjaciółki, ani ciekawskie spojrzenia innych, już nic się nie liczyło.. Wzięłam torbę z rzeczami i wyszłam z klasy, a póżniej z tego okropnego budynku. I nadal w stanie truposza podążyłam do rodzinnego domu a teraz raczej do mojego domu...
Po dwugodzinnym siedzeniu na kanapie i zmarnowaniu tony chusteczek postanowiłam się czymś zająć, zeszłam na dół do piwnicy i przyniosłam karton wypełniony starymi kasetami poczynając na tytule " Ślub i wesele państwa Seean", kończąc na "Osiemnastka Vicki". Patrząc na te tytuły nie trudno było się uśmiechnąć, uśmiechnąć przez potok łez, które cisły się do oczu powodując coraz większy ból w sercu. I oto tak miał minąć cały tydzień aż do pogrzebu. Ja, chusteczki i oni..
Przez ten cały tydzień nikt mnie nie odwiedził, nikt nie zadzwonił, nawet nie wysłał smsa, ale to nic. Jestem już przyzwyczajona że ludzie gdy pojawiają się problemy odchodzą. Nie zlicze tych fałszywych twarzy którzy podszywali się pod miano przyjaciół a później pod byle predekstem się zmywali. A ja głupia nadal im wierzyłam, nadal wierzyłam tym okropnym, bez serca kreaturom..
Dzisiaj pogrzeb, tak bardzo chciałam aby ten dzień nie nadszedł. Ubrałam rurki, koszule i szpilki,oczywiście wszystko czarne .Włosy spiełam w ciasnego koczka.Zeszłam na dół do kuchni, nienawidziłam tego miejsca, tyle wspomnień, niegdyś tyle się tu działo. Teraz zostałam tylko ja i ten ogromny dom. ..
Wyszłam z domu i wsiadłam do wcześniej zamówionej taxówki.Kierowca popatrzał się na mnie ale widząc moją bladą twarz i grobową mine czym prędzej zapytał gdzie jedziemy, podałam mu adres i oddałam się wspomnieniom. Jechaliśmy może z 15 minut, lecz dla mnie te pare minut trwało całą wieczność..
Pod kościołem, było wielu ludzi, pojawiła się nawet moja klasa, lecz nikt nie miał odwagi by spojrzeć mi prosto w oczy, by podejść i złożyć kondolencje,nikt..Po chwili podjechały dwa samochody, doskonale wiedziałam co zaraz się stanie więc postanowiłam byc twarda i nie rozpłakać się .. Wyjęto trumny,już gdy je zobaczyłam zaczęły spływać mi łzy, i na marne posżły wszystkie przygotowania.panowie z rodzicami weszli pierwsi zaraz po nich ja. W środku otworzono trumny, ciała rodziców nie były zmasakrowane, na twarzach było widac nawet lekkie uśmiechy, uklękłam po środku, jedną ręką złapałam tate, a drugą mamę, i rozpłakałam się na dobre, nie pozwalałam nikomu sie dotknąć, ani żeby mnie stamtąd zabrono.,były to bowiem ostatnie godziny które mogłam spędzic z nimi....
Po mszy podano mi dwie różyczki, jedną wręczyłam tatusiowi, a drugą mamusi, po wręczeniu kwiatów, ucałowałam ich w dłonie i ostatni raz powiedziałam Kocham was... zaraz po tym trumny zamknięto..
Gdy znajdowaliśmy się na cmentarzu nie miałam już sił uklękłam przed wielkim dołem i zaczęłam płakać, wszyscy się na mnie patrzyli i wytykali palcami,nikt mnie nie rozumiał, nikt bowiem nie stracił nikogo ważnego w tak młodym wieku....
Przy zasypaniu, dopiero zrozumiałam że już nigdy więcej ich nie zobaczę, że już nigdy nie ucałuje ich na dobranoc że nigdy nie usłyszę kocham cię, wypowiadanych przez nich, już nigdy a to przenigdy się do nich nie przytulę, niby takie drobne rzeczy ale jak ważne..
Miałam dość, nie wyobrażałam sobie życia bez nich, bo jak dziecko może żyć bez rodziców....
Zostałam sama, i już do końca sama miałam pozostać...
SAMA...
Teraz już wiem, że nie warto ufać nikomu, nawet sobie, bo to własnie my sprawiamy sobie największy ból ufając innym..
Przyspieszam, lecz tamta także przyspiesza, wrzeszcze jeszcze raz i błagam o ratunek. Pojawia się chłopak, początkowo nie mam pojęcia kto to, widzę jedynie bujne loki na całej głowie. Widzimy już ulicę, jeszcze parę kroków a nam sie uda.. Lecz przeciwnik był szybszy, złapał mnie jak i jego. Zaprowadził do ciemnego pokoju, po chwili ciszy usłyszałam:
-Ktoś chętny jako pierwszy.?- zapytała swoim okropnym głosem
Rozbłysły światła i zobaczyłam jej twarz, a raczej naszą twarz, twarz okrótnej, bezlitosnej Victorii. Trzymała pistolet, podeszła bliżej mnie i powiedziała:
-A teraz patrz suko jak twoje szczęście znika- przyłożyła lufę do głowy chłopaka, ten obrócił się do mnie, rozpoznałam go,wszędzie bym rozpoznała te śliczne zielone oczy, pistolet wystrzelił....
...
Obudziłam się cała mokra, mimo że sny pojawiały sie codziennie nie potrafiłam się do nich przyzwyczaić, a najbardziej przerażał mnie koniec, który zawsze był taki sam...
Spojrzałam na zegarek : 7.30. Kurcze trzeba byłoby już wstać... Ospale i niechętnie zwlekłam się z łóżka, no ale kto chętnie wstaje do szkoły.? Stanęłam przed szafą, i jak codzień ten sam problem :
W co ja mam się ubrac..?! Nie miałam zbyt wiele czasu więc szybko wybrałam byle co, były to krótkie dżinsowe spodenki i śliczny cienki sweterek w paski , do tego czarne vansy. Włosy rozpuściłam i lekko się umalowałam. Po skończeniu porannych czyności, zeszłam na dół do kuchni, jak zwykle nikogo nie było, na lodówce tym razem jednak była przyczepiona karteczka: " Vicki, wyjeżdżamy na delegacje do Berlina, wrócimy za dwa tygodnie.Obieujemy że to już ostatni raz, później każdą wolną chwile bedziemy spędzać razem, kochamy cię -rodzice. Chata przez dwa tygodnie wolna i co ja przez ten czas mam robić,oni nie rozumieją że mi jedynie do szcześcia sa potrzebni ONI, a nie te pieprzone pieniądze. . Spojrzałam na zegarek- 7.55, kurwa nie no teraz to napewno się spóźnię. Szybko złapałam klucze, zamknełam drzwi i czym prędzej pobiegłam do szkoły. Nie miałam aż tak znowu daleko, ale blisko też nie. Biegłam najszybciej jak umiałam, no i jak mi na to pozwalał ruch drogowy. Po jakimś czasie podbiegłam pod sporawy budynek w kolorze okropnej zgniłej zieleni, juz na sam widok tego koloru niedobrze się robiło i cały dobry chumor pryskał niczym bańka mydlana. Weszłam do budynku, spojrzałam na zegarek - 8.10, z torby wyjęłam plan lekcji, nie no pierwsza godzina z wychowacą jestem już martwa..
Podeszłam pod klasę i cicho zapukałam, modliłam się aby nie usłyszeć proszę, niestety słowo zostało wypowiedziane, a ja musiałam wejść do środka. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i jak się okazało nauczycielki nie było. Usiadłam obok przyjaciółki( tak mam przyjaciółkę, jedyną, zaufałąm jej, mimo to każdego dnia boje się że zrobiłam źle, ale warto miec taką osobą przy sobie, uwierzcie warto):
- A gdzie Hitler.?-zapytałam ze zdziwieniem, bo kto jak kto ale ta nauczycielka nigdy się nie spóźniała
-Podobno jacyś ważni goście do naszej szkoły przyjechali, być może to Barack Obama z rodziną..- spojrzałam na nią z jeszcze większym zdziwniem- No co.? Ten gość naprawdę jest fajny.
Moje przemyślania przerwała mrs, Hitler, która weszła do klasy swoim kaczym krokiem, zasiadła swoim tłustym tyłkiem na siedzeniu i zaczęła swoimi krowimi oczyma kogoś szukać, modliłam sie obym to tylko ja nie była tą poszukiwaną, ale niestety jej wzrok zatrzymał sie na mnie, a pod jej wąsami zagościł chytry uśmiech:
-Pani Seean, dyrektor panią wzywa do swojego gabinetu,- przełknęłam głośno ślinę, kurczę czego on odemnie chcę, dopiero zaczął się tydzień i jeszcze nie zdążyłam nic złego zrobić. wstałam ze swojego miejsca i wyszłam z klasy, z jednej strony cieszyłam się że minie mi lekcja, a z drugiej strasznie się bałam..Szłam najwolniej jak potrawiłam, mimo mojego powolnego kroku, po jakimś czasie doszłam, zapukałam i po chwili weszłam. Na krześle siedział, miły starszy pan, byłam jego częstym gościem,i muszę przyznać że go polubiłam, ( no dobra, ja nie lubię nikogo, ale on miał w sobie to coś, sama nie wie, jestem głuupia...) nie był taki zrzędliwy jak moja wychowawczyni a przedewszystkim umiał słuchać, natomiast na przeciwko niego siedziały dwie kobiety. Już po wyglądzie mogłam stwierdzić że do miłych to one nie należały. Dyrektor na mój widok uśmiechnął się lekko i kazał usiąść na krześle obok niego. Po paru minutach niezręcznej ciszy, odezwała się jedna z kobiet:
-Witaj Victorio, przyjechałyśmy do ciebie z bardzo ważnymi wiadomościami, ale muszę przyznać że nie będą one dobre- spojrzała mi prosto w oczy a po chwili powiedziała- twoi rodzice mieli bardzo poważny wypadek...
-W którym szpitalu leżą, muszę zaraz do nich jjjechać, bbo..-wstałam z miejsca i popatrzałam na otaczających mnie ludzi wszyscy siedzieli ze spuszczonymi głowami, usiadłam- Czy onni...?- nikt sie nie odzywał, więc wybuchłam- Czy może ktoś mi do cholery wytłumaczyć co się stało.? Co jest z moimi rodzicami.? I kiedy będe mogła ich odwiedzić.?
Jedna z kobiet spojrzała na mnie:
-Vicktoria, ty już ich nie zobaczysz, ten wypadek był naprawdę poważny, ich samochód wpadł w poślizg- zaczęłam coraz bardziej płakać- wpadli pod tira, który ich samochód zamienił w kupę złomu, i chyba wiesz co bylo dalej.. Twoi rodzice nie mieli szans.
-Jasne, jasne.. Tak wkręcajcie mnie dalej. Zaraz do nich zadzwonie i wszystko się wyjaśni.- wyciągnęłam telefon i wybrałam numer mamy, nieosiągalny, no to pewnie przypadek, wykręciłam numer taty, pierwszy sygnał, drugi, trzeci, nie to nie możliwe. Popatrzałam na otaczających mnie ludzi, nikt się już nie odezwał, to oznaczało że to wszystko to jednak prawda.. Ale przeciez ja mam tylko ich, przy nich czuję się bezpieczna, tylko dizęki nim nie pojawiają się transy, jak ja teraz sobie poradzę? Oni nie wiedzą że jestem chora, nikt nie wie, bo właściwie nikt nie wie co mi jest..Wstałam z krzesła i niczym martwa wydostałam się z tego "pokoju grozy". Po moich policzkach spływały strugi łez, które wyraźnie w mojej twarzy ryły rowy.. Niczym zombi weszłam do klasy, bez pukania, bez jakiegokolwiek przepraszam, nie obchodziły mnie krzyki mrs. Kaczki, nie obchodziły mnie pytania przyjaciółki, ani ciekawskie spojrzenia innych, już nic się nie liczyło.. Wzięłam torbę z rzeczami i wyszłam z klasy, a póżniej z tego okropnego budynku. I nadal w stanie truposza podążyłam do rodzinnego domu a teraz raczej do mojego domu...
Po dwugodzinnym siedzeniu na kanapie i zmarnowaniu tony chusteczek postanowiłam się czymś zająć, zeszłam na dół do piwnicy i przyniosłam karton wypełniony starymi kasetami poczynając na tytule " Ślub i wesele państwa Seean", kończąc na "Osiemnastka Vicki". Patrząc na te tytuły nie trudno było się uśmiechnąć, uśmiechnąć przez potok łez, które cisły się do oczu powodując coraz większy ból w sercu. I oto tak miał minąć cały tydzień aż do pogrzebu. Ja, chusteczki i oni..
Przez ten cały tydzień nikt mnie nie odwiedził, nikt nie zadzwonił, nawet nie wysłał smsa, ale to nic. Jestem już przyzwyczajona że ludzie gdy pojawiają się problemy odchodzą. Nie zlicze tych fałszywych twarzy którzy podszywali się pod miano przyjaciół a później pod byle predekstem się zmywali. A ja głupia nadal im wierzyłam, nadal wierzyłam tym okropnym, bez serca kreaturom..
Dzisiaj pogrzeb, tak bardzo chciałam aby ten dzień nie nadszedł. Ubrałam rurki, koszule i szpilki,oczywiście wszystko czarne .Włosy spiełam w ciasnego koczka.Zeszłam na dół do kuchni, nienawidziłam tego miejsca, tyle wspomnień, niegdyś tyle się tu działo. Teraz zostałam tylko ja i ten ogromny dom. ..
Wyszłam z domu i wsiadłam do wcześniej zamówionej taxówki.Kierowca popatrzał się na mnie ale widząc moją bladą twarz i grobową mine czym prędzej zapytał gdzie jedziemy, podałam mu adres i oddałam się wspomnieniom. Jechaliśmy może z 15 minut, lecz dla mnie te pare minut trwało całą wieczność..
Pod kościołem, było wielu ludzi, pojawiła się nawet moja klasa, lecz nikt nie miał odwagi by spojrzeć mi prosto w oczy, by podejść i złożyć kondolencje,nikt..Po chwili podjechały dwa samochody, doskonale wiedziałam co zaraz się stanie więc postanowiłam byc twarda i nie rozpłakać się .. Wyjęto trumny,już gdy je zobaczyłam zaczęły spływać mi łzy, i na marne posżły wszystkie przygotowania.panowie z rodzicami weszli pierwsi zaraz po nich ja. W środku otworzono trumny, ciała rodziców nie były zmasakrowane, na twarzach było widac nawet lekkie uśmiechy, uklękłam po środku, jedną ręką złapałam tate, a drugą mamę, i rozpłakałam się na dobre, nie pozwalałam nikomu sie dotknąć, ani żeby mnie stamtąd zabrono.,były to bowiem ostatnie godziny które mogłam spędzic z nimi....
Po mszy podano mi dwie różyczki, jedną wręczyłam tatusiowi, a drugą mamusi, po wręczeniu kwiatów, ucałowałam ich w dłonie i ostatni raz powiedziałam Kocham was... zaraz po tym trumny zamknięto..
Gdy znajdowaliśmy się na cmentarzu nie miałam już sił uklękłam przed wielkim dołem i zaczęłam płakać, wszyscy się na mnie patrzyli i wytykali palcami,nikt mnie nie rozumiał, nikt bowiem nie stracił nikogo ważnego w tak młodym wieku....
Przy zasypaniu, dopiero zrozumiałam że już nigdy więcej ich nie zobaczę, że już nigdy nie ucałuje ich na dobranoc że nigdy nie usłyszę kocham cię, wypowiadanych przez nich, już nigdy a to przenigdy się do nich nie przytulę, niby takie drobne rzeczy ale jak ważne..
Miałam dość, nie wyobrażałam sobie życia bez nich, bo jak dziecko może żyć bez rodziców....
Zostałam sama, i już do końca sama miałam pozostać...
SAMA...
Teraz już wiem, że nie warto ufać nikomu, nawet sobie, bo to własnie my sprawiamy sobie największy ból ufając innym..
PROLOG
Przeszłość.
Niegdyś wszystko było takie łatwe, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Londynie, gdy miałam to swoje 6 lat i wszystkich głęboko w dupie. Wystarczała mi moja wyobraźnia i on, mój najlepszy przyjaciel. Każdy dzień spędzaliśmy razem, byliśmy nierozłączni, na znak naszej miłości nosiliśmy własnoręcznie wykonane bransoletki. Nie bawiliśmy się z innymi dziećmi, a raczej to one nie bawiły się z nami. Ich rodzicielki nie pozwalały na zabawe z nami, bo byliśmy osiedlowymi chuliganami, czy cos w tym stylu.Lecz pewnego dnia wszystko się skończyło, gdy siedziałam w domu chłopca, przyszła odebrać mnie mama, i nie powiedziała tego co zawsze tym razem słowa brzmiały tak:
-Kochanie pożegnaj się z panią Styles, już tu nie wrócimy czas opuścić to beznadziejne miasto i zacząć żyć.
Wtedy jeszcze nie rozumiałąm o co jej chodziło, myślałam że wyjedziemy na chwilkę i zaraz wrócimy. Lecz mijały dni, miesiące, lata a my nie wracaliśmy..
A chlopiec o zielonych oczach pozostał jedynie dziecięcym wspomnieniem
Teraźniejszość.
Paryż, miasto miłości, miasto pełne życzliwych ludzi, miasto przyjaźni i nadziei.No to ja się pytam gdzie ta miłość i ci życzliwi ludzie,?
Już kolejny dzień jestem sama, coraz częściej boję się że stracę wszystko, że stracę osoby, którym zaufałam.. Sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale przecież tak trzeba, trzeba czasem zaryzykować..
Mimo to boję się innych, boje się ich spojrzenia, boję się że namącą mi w głowie a później zostawią, porzucą..
Stan w którym się znajduję jest okropny, pojawia się sporadycznie, ale się pojawia..
Nie czuję wtedy NIC, nie myslę, nie słyszę, poprostu biegnę, uciekaam... NIKT NIE MOŻE MNIE ZATRZYMAĆ...
Jestem chyba chora psychicznie, bo inaczej tego nazwać nie można, a wszytsko zaczęło się dziać po wyjeżdzie z Londynu...
Może pora tam wrócić? Pora zrozumieć PUSTKĘ? Może to co się teraz dzieje ma ukryte zakończenie, które kryje się daleko stąd..
BREDNIE! JESTEM SAMA! WSZYSCY MNIE ZOSTAWILI! NIKT MMNIE NIE KOCHA! NIKT MNIE NIE CHCE! NIKT MNIE NIE ROZUMIĘ!
URATUUJ MNIE!
.
.
Przyszłość.
...
Niegdyś wszystko było takie łatwe, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Londynie, gdy miałam to swoje 6 lat i wszystkich głęboko w dupie. Wystarczała mi moja wyobraźnia i on, mój najlepszy przyjaciel. Każdy dzień spędzaliśmy razem, byliśmy nierozłączni, na znak naszej miłości nosiliśmy własnoręcznie wykonane bransoletki. Nie bawiliśmy się z innymi dziećmi, a raczej to one nie bawiły się z nami. Ich rodzicielki nie pozwalały na zabawe z nami, bo byliśmy osiedlowymi chuliganami, czy cos w tym stylu.Lecz pewnego dnia wszystko się skończyło, gdy siedziałam w domu chłopca, przyszła odebrać mnie mama, i nie powiedziała tego co zawsze tym razem słowa brzmiały tak:
-Kochanie pożegnaj się z panią Styles, już tu nie wrócimy czas opuścić to beznadziejne miasto i zacząć żyć.
Wtedy jeszcze nie rozumiałąm o co jej chodziło, myślałam że wyjedziemy na chwilkę i zaraz wrócimy. Lecz mijały dni, miesiące, lata a my nie wracaliśmy..
A chlopiec o zielonych oczach pozostał jedynie dziecięcym wspomnieniem
Teraźniejszość.
Paryż, miasto miłości, miasto pełne życzliwych ludzi, miasto przyjaźni i nadziei.No to ja się pytam gdzie ta miłość i ci życzliwi ludzie,?
Już kolejny dzień jestem sama, coraz częściej boję się że stracę wszystko, że stracę osoby, którym zaufałam.. Sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam, ale przecież tak trzeba, trzeba czasem zaryzykować..
Mimo to boję się innych, boje się ich spojrzenia, boję się że namącą mi w głowie a później zostawią, porzucą..
Stan w którym się znajduję jest okropny, pojawia się sporadycznie, ale się pojawia..
Nie czuję wtedy NIC, nie myslę, nie słyszę, poprostu biegnę, uciekaam... NIKT NIE MOŻE MNIE ZATRZYMAĆ...
Jestem chyba chora psychicznie, bo inaczej tego nazwać nie można, a wszytsko zaczęło się dziać po wyjeżdzie z Londynu...
Może pora tam wrócić? Pora zrozumieć PUSTKĘ? Może to co się teraz dzieje ma ukryte zakończenie, które kryje się daleko stąd..
BREDNIE! JESTEM SAMA! WSZYSCY MNIE ZOSTAWILI! NIKT MMNIE NIE KOCHA! NIKT MNIE NIE CHCE! NIKT MNIE NIE ROZUMIĘ!
URATUUJ MNIE!
.
.
Przyszłość.
...
Subskrybuj:
Posty (Atom)